Miałkie sny liberałów, czyli wielkopiątkowy moralitet cyniczny


Św. Augustyn w pierwszej części swojego dzieła pt. O państwie Bożym [De civitate Dei II 20], która to część mogłaby nosić roboczy tytuł: “Skończcie pierdolić, poganie”, opisuje sen o sprawiedliwości, który śni się tym, którzy “napadają na religię chrześcijańską” i którym nie podobają się nowe porządki zaprowadzane na ruinach imperium przez papieży i biskupów. Czego naprawdę chcą ci, którym przeszkadza religia chrześcijańska? Jaki kształt powinno przyjąć świeckie państwo oddzielone od Kościoła?

Byleby — powiadają — istniało, byleby kwitło, w dostatki obfitujące, zwycięstwa sławne, lub, co lepiej, bezpieczne w pokoju. A reszta co nas obchodzi? Owszem na tym nam zależy, żeby u wszystkich wzrastała zamożność wystarczająca i na życie rozrzutne, i na to, iżby każdy możniejszy mógł biedniejszymi zawładnąć. Niech biedacy, aby byli syci, słuchają bogatych i niech pod ich opieką spokojnie siedzą. A bogaci niech wyzyskują biedotę, używając jej do otoczenia swego i do posługiwania w swym przepychu.

Nie no, tak rzeczy wiście byłoby najlepiej. Biedacy wiele nie potrzebują, ciepła woda w kranach, Euro 2012, 500+, mieszkanie+… Niech spadają im ze stołu bagaczy takie i inne jeszcze okruchy, a będą zadowoleniu. Niech się święci Karkóweczka na grillu podlana piwkiem i zapomnijmy o wszelkich urazach i niesprawiedliwościach. Co dalej?

Niech ludy głoszą chwałę nie tych, co im zbawienne rady dają, lecz tych, co im rozkosze sypią. Nie wymagać rzeczy przykrych, nie zabraniać niewstydu! […] Nierządnic publicznych niech będzie dostatek dla wszystkich, co ich używać pragną, a głównie dla tych, którzy nie mogą mieć swoich prywatnych. Domy mają być pobudowane obszerne i ozdobne, uczty wystawne dla każdego dostępne niech będą, na których by wszyscy, co zechcą, bawić się mogli we dnie i w nocy, pić, zwracać, nurzać się w użyciu. Niech grzmią tańce wszędzie, teatry niech rozbrzmiewają wrzawą śpiewów bezwstydnych i wszelkiego rodzaju okrutnym lub wszetecznym weselem. A komu ono nie przypada do smaku, za wroga ludzkości niech będzie uważany.

To już wizja fantastyczna, ale przecież tak kusząca… Każdy powinien mieć podparty kolumnami dworek na wsi, albo apartament na najwyższym piętrze apartamentowca. Niższe piętra powinny w ogóle nie być zasiedlone, żeby nie robić zgorszenia i podsycać resentymentów. Niech co miesiąc będzie Sylwester, a co tydzień Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, nawet gdyby się miał odbywać w Kielcach. Dziewczyny bez przesądów moralnych niech lecą na wszystkich i niech nikt nie przeżywa frustracji poniżej pępka.

W prawdziwej demokracji trudno jednak coś takiego zorganizować, bo tutaj każdy śmieć musi mieć coś do powiedzenia. Stwórzmy zatem fasady demokracji, a za nimi niech rządzi sprawny manipulator, a niechby nawet dyktator. Co to za różnica? Uczciwego człowieka to nawet dzieci nabierają, a co dopiero mafie vatowskie. Niech będzie przerażający jak Hobbesowski Lewiatan, ale niech się z tym kryje i nie przerywa naszej zabawy:

Królom nie o to chodzić powinno, jak rządzić dobrymi, lecz jak poddanymi rządzić. Niech krainy służą królom, nie jako kierownikom obyczajów, lecz jako władcom mienia swych poddanych i hojnym rozdawcom przyjemności. I nie potrzebują poddani mieć wobec nich szczerego szacunku, lecz strach niski i służalczy.

Jakie prawa powienien taki światły dyktator ustanowić? Ograniczone w zakresie zastosowania. Liberalne — takie, które skarby gromadzone na ziemi przed molami i rdzą, które chcą je pożreć, przed złodziejami, którzy chcą je zagarnąć. Całą resztę życia niech obejmie światła deregulacja. Chcesz się wyskrobać? Śmiało! Chcesz stworzyć stadło małżeńskie z własnym owczarkiem? Do dzieła! Nasze władze nie znają przesądów moralnych. Bylebyś nie kradł, bo to dla właściciela łupu może być uciążliwe, a po co nam takie kłopoty:

Prawa niech patrzą, iżby nikt szkody nie czynił w cudzej winnicy, a nie we własnej duszy. Do sądu tego tylko pociągać, co by zagrażał lub szkodził cudzemu mieniu, domowi, zdrowiu, albo coś złego komu czynił wbrew jego woli. A poza tym, z własnością swoją, z rodziną swoją lub z tymi, co się na to godzą, niech sobie każdy czyni, co mu się podoba.

Bogiem może być nawet Donald Tusk, byleby tylko żadna armia nie zakłóciła wiosennego grillowania, byleby nikt nam nie zakłócał zabawy:

Niech ci za bogów prawdziwych uchodzą, co taką szczęśliwość zgotowali ludom i dla ludów zachowują. Taką zaś niech odbierają cześć, jakiej pragną; takich igrzysk niech sobie żądają, jakich zechcą i jakie mieć mogą wraz ze swymi czcicielami i od swoich czcicieli, byleby to sprawili, żeby temu szczęśliwemu życiu nie groziło żadne niebezpieczeństwo ze strony nieprzyjaciół, ani też od zarazy lub innej jakiej klę­ski.

Cóż za wzniosły ideał: pełny brzuch, opróżniona moszna i grillowana kaszaneczka na plastikowym talerzyku! O jakież górowanie…

I co Augustyn może przeciwstawić takiej niebiańskiej wizji? Jaką prawdę? Chyba tylko jedną, ale o tej nikt z piwkiem w ręku i nie myśli, choć każdy ją, chcąc, nie chcąc, przeczuwa. Na pewno łyknęliście tyle łaciny, żeby ją zrozumieć bez translatora google:

Ecce homo


Reklamy

Moja dola — odc. 1 pt.: “1/8 Niemca”

Przedwojenny dziadek do orzechów po przedwojennym pradziadku

Nazwisko w Polsce Toll. Na czerwono moje ziemie ojczyste. W Gdyni ciotka. W Opolu Pani profesor edukacji z II LO 🙂

Chodźmy na skróty: jestem w 7/8 polskim chłopem i w 1/8 potomkiem spolszczonych na początku XX wieku Niemców. W Reymontowskich lipcach byłbym zasadniczo po stronie Antka Boryny i reszty towarzystwa w ich sporze z niemieckimi osadnikami, wśród których byłby być może mój pra-pradziadek i pra-prababcia. Ich syn — mój pradziadek był wychowany, jak się zdaje, po polsku. Nazywał się Jan Toll i był dzieckiem niemieckich osadników, przy czym jego ojciec pochodził zdaje się z Niemiec właściwych, a jego matka był Niemką z Warmii.

Soluchowie ziemi czarnej

Tradycji niemieckości nie podtrzymywali. Być może ta sama fala popularności polskości, która kazała Janowi Minclowi z Lalki uważać się za pełnoplemnikowego Polaka, i im kazała przejść na stronę tymczasowo ujarzmionej ludności miejscowej. Dziadek był kupcem, właścicielem sklepu. Wydaje się, że dziadek przyniósł ze sobą do mojej rodzinnej wsi elementy nowej kultury biznesowej. Krew niemiecka połączyła się z polską. Jan Toll skrzyżował narządy płciowe z babcią Soluszką.

No nie pamiętam teraz imienia. Urodziła im się moja babcia Leokadia, moja ciocia-babcia Eugenia, Teodor i jeszcze kilku braci, których imion również nie pamiętam. Teodora (Teosia) zapamiętałem, bo zginął razem ze swoim ojcem w początkach września 1939 roku. Mieszkańcy wsi podczęstochowskich spodziewali się wówczas, że główne natarcie Niemców pójdzie właśnie w tę stronę i postanowili uciekać. Pradziadek Jan chciał uciekać w kierunku Janowa z moją ciocio-babcią, jedyną z rodzeństwa, którą dane mi było poznać. Ona jednak bardzo się bała i nie chciała wsiąść na ojcowy rower. Opierała się tak bardzo, że dziadek zamiast niej zabrał ze sobą jej młodszego brata Teosia. Obaj zginęli w okolicach Janowa. Leżą do dzisiaj na tamtejszym cmentarzu. Gienia, wówczas chyba 10 albo 12 letnia dziewczynka bardzo to przeżyła. Obwiniała się chyba o śmierć braciszka. Mówiła mi o tym jeszcze na rok przed śmiercią. Bardzo mocno to przeżyła.

Z babią Gienią, o której będę miał jeszcze wiele do powiedzenia, sprawa była ciekawa. Otóż była ona świadoma, że jej ojciec był synem dwojga Niemieckich rodziców, ale w jej głowie nie postała myśl, że ona sama, jest w połowie Niemką. Takie blind spot się zdarzają. Babcia Gienia (będę ją nazywał babcią, bo nią była — po przedwczesnej śmierci siostry przejęła wobec mnie funkcję babciną) opowiadała mi, że podczas wojny służyła za tłumaczkę w trudnych relacjach pomiędzy ujarzmioną ludnością miejscową a żołnierzami niemieckimi. Być może dziadek chciał przekazać swoim dzieciom przynajmniej tę odrobinę niemieckości, jaką stanowi mówienie po niemiecku. Sam dziadek na pewno mówił po niemiecku. Wśród Gieniowych opowieści o jej ojcu utkwiła mi szczególnie w pamięci następująca scena. Jest rok 1939-ty. Wokół dziadka Jana i jego radia (zdaje się jednego z kilku, albo może i jedynego tego typu urządzenia we wsi) zbierają się Wręczycanie i słuchają radiowego przemówienia Adolfa Hitlera, które mój dziadek tłumaczy z niemowy na polski. Przemówienie kończy się słowami: “Skoro ma być wojna, niech będzie wojna”. To zdanie babcia Gienia zawsze przytaczała również po niemiecku. Czuję się jakbym sam był świadkiem tej sceny. Nastrój ponury i poważny. Dziadek powoli tłumaczy kolejne słowa. Jest letni wieczór — zanosi się na burzę. Jak bym ich widział.

Na dzisiaj tyle. W kolejnym odcinku “Mojej doli” przeniesiemy się w wyobraźni do przedwojennej częstochowskiej rzeźni, w której pracuje mój właśnie mój nieletni dziadek-poeta.

Mamy z Lynchem trzy światy. Czyli Lynch jest okropnym antysemitą:)


Mała uwaga. Zgadzam się zasadniczo z interpratacją Theone3, ale trzeba ją rozwinąć. Mamy zatem trzy światy:

1. Świat miasteczka Twin Peaks zasiedlowy przez Agentów Cooperów, Plmerów, Andych itd. (miejsce wyobrażone, twór intencjonalny, istniejący de facto tylko w umyśle widza serialu)

2. Nasz świat, który na próbę można nazwać rzeczywistym, w którym żyje David Lynch i fani jego twórczości, podobnie jak Monica Bellucci i Billy Zach. No i Audrey jako starzejąca się aktorka (moim zdanie stąd jej krzyk). PS. jak głośno powinna krzyczeć Donna:)

Bella Donna

3. Świat Dwóch Loży.

No i co z tym trzecim światem? Co to za dziwactwo? Oto kilka hipotez:

  1. Mieszkańcy (a może “członkowie”?) dwóch lóż mają ogromny wpływ na to, co dzieje się w świecie TP. Mogą uśmiercać postacie (Laura), albo zmienić ich charaktery (Lylland, Cooper).
  2. Angielskie “Lodge” to loża, tak jak w wyrażeniu “Masonic Lodge”. Świat lóż symbolizuje, albo nawet jest alegorią mrocznych tajnych stowarzyszeń rządzących przemysłem rozrywkowym w Stanach Zjednoczonych.
  3. Biała loża to masoneria, do której należał np. Meriwether Lewis (Patrz: Sekrety TP)
  4. Gdy chodzi o czarną lożę, to jej mieszkańcy powstali w wyniku eksperymentu z łona Judy.
  5. Judy to po prostu Żydzi (Oppenheimer, niemiecki Żyd, był twórcą bomby, która rozpoczęła eksperyment).
  6. Lynch jest masonem i okropnym antysemitą w jednej osobie.
  7. Koniec bomba, a kto czytał ten trąba.
  8. 🙂

Zakrwawiony fartuszek masoński Mariwethera

Ludzie to zakłamane kanalie ! — jako cynik rozumiem Jarosława Kaczyńskiego


Ludzie nas nie rozumieją. Myślą, że cynik to ktoś kto z uśmieszkiem na ustach wbija rdzawy nóż w plecy Bogu ducha winnym, a niczego się nie spodziewającym ofiarom losu. Myślą, że cynizm nas bawi. Dają się zwieść pozorami. Czasem się śmiejemy, to prawda. Ale ten śmiech nie daje nam żadnej radości. Nasz śmiech jest przepełniony goryczą. Śmiejemy się jak ktoś, kto ogląda oszusta nabierającego po raz setny naiwne ofiary na tę samą sztuczkę. Śmiejemy się z naiwności ofiar i bezwzględności sprawcy. Śmiejemy się, ale szczęki nam się zaciskają i śmiech nie daje nam żadnej radości. Nie samo kłamstwo nasz śmieszy. Nie fakt, że ktoś kogoś okłamuje. Nikogo nie można okłamać, jeżeli on sam jest wobec siebie szczery. Śmiech budzą ofiary, które zostały okłamane tylko dlatego, że przyzwyczaiły się do życia w kłamstwie i co dzień karmią się własnym kłamstwem.

Everybody lies [House M.D.]

Znacie tę zasadę głoszoną przez jednego z najbardziej znanych cyników telewizyjnych. Ale czy wiecie, że jest to cytat z Listu św. Pawła do Rzymian:

γινέσθω δὲ ὁ Θεὸς ἀληθής, πᾶς δὲ ἄνθρωπος ψεύστης — Albowiem tylko Bóg mówi prawdę — wszyscy ludzie to kłamcy. [Rzym. 3.4]

Dr Paulus

Tylko my cynicy wiemy o prawdzie to, co wiedzieć należy: Każda prawda musi boleć! Prawda przynosząca ukojenie jest kłamstwem, a kłamstwo jest jak plaster miodu wokół którego ludzie zlatują się jak pszczoły. Zapytajcie Nazareńczyka jaką ulgę przyniosła mu jego prawda. Stary cynik Waltari wiedział to dobrze:

Prawda jest jak patroszący nóż, prawda jest jak nieuleczalna rana w ciele człowieka, prawda jest jak ług żrący serce. Dlatego w dniach swej młodości i siły mężczyzna ucieka od prawdy do domów rozpusty i mami oczy pracą i różnoraką działalnością, podróżami i rozrywkami, władzą i budowaniem. Ale potem przychodzi dzień, gdy prawda przeszywa go jak oszczep i od tej pory nie ma już żadnej radości ze swoich myśli albo z pracy swoich rąk, tylko jest sam. Jest sam pośród ludzi i nawet bogowie nie dają mu lekarstwa na jego samotność. [Mika Waltari, Egipcjanin Sinuhe]

Nikt nie zna samotności jak jak cynik:

[…] samotność była dla mnie — mówi cynik — jak własny dom i jak łoże w ciemności.[Tamże]

Jak pies z kotem

Czasem cynik nie wytrzymuje. Rozsuwa się zasłona zębów i przez usta wydostaje się prawda. To błąd — oczywiście. Po co ludziom prawda? Po co kłamcom prawda? Dlatego cynik mówi prawdę tylko w chwilach słabości. Wtedy kiedy ma już dość kłamstw, które słyszy. Jak Trazymach w Państwie. jak długo mógł tolerować Sokratesa mówiącego o urzędnikach, jako o dobrych pasterzach mających na względzie tylko dobro swoich owiec. No i wypalił:

Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. [Platon, Państwo]

Dobry Pasterz przy robocie

No jak mógł wytrzymać słowa naiwnego starca, który za kilka lat sam pójdzie jak owca na rzeź prowadzony przez pasterzy takich jak Meletos i Anytos? Nie mógł. Powiedział prawdę. Został za to ukarany koniecznością wysłuchania dziesięciu ksiąg rozmowy o tym, że najlepiej będzie jeżeli żony będą wspólne, a o prokreacji decydować będą urzędnicy samorządowi, no i o tym, że człowiek sprawiedliwy jest DOKŁADNIE siedemset dwadzieścia razy szczęśliwszy od niesprawiedliwego (sic!). Sroga kara! Należało mu się.

I kara powinna też spotkać Jarosława Kaczyńskiego! Po co powiedział prawdę? Po co nazwał kanalie kanaliami? Uległ starej cynicznej pokusie — zaczął moralizować. To niebezpieczne dla cynika. Nigdy nie mów prawdy! Zaszczują cię za to. No jakżeż można być szczerym?! To nie do pomyślenia. po co im mówiłeś:

Wiem, że boicie się prawdy [PJK].

Po co wskazywałeś na mordy? Czy ci, którzy potrafią patrzeć, nie widzą?

Twarze, które nie potrzebowały twojego komentarza Prezesie

Mogłeś sobie odpuścić. Po co się do nich zwracasz? Mylił się ów Nazareńczyk, kiedy mówił: “Wybacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Oni dobrze wiedzą co czynią, a i tak to czynią.

Ja też mogłem sobie odpuścić… Ale nie odpuściłem. W ten właśnie sposób cynik się myli.

Ciao!

Moje męki, czyli życie na wulkanie


Mój fundamentalny problem polega na tym, że nie mam poczucia, że pod powierzchnią mojej psychiki kryje się jakieś twarde jądro, jakiś ocean spokoju. Wydaje mi się raczej pod powierzchnią zwyczajności zawsze, głębiej lub płyciej, bulgocze lawa, którą określam dwoma imionami, ale nie wiem czy to tylko nie zaciemnia sprawy. Te imiona to Lęk i Gniew. Czasem ta lawa jest głęboko, tak że tylko przeczuwam jej obecność, ale i to przeczucie obecności potrafi zepsuć mi samopoczucie i zakłócić spokój. Czasem lawa jest tuż pod powierzchnią. Wtedy stąpam po powierzchni swojej psychiki jak po wulkanie, a otaczający mnie ludzie zaczynają dostrzegać wydobywające się z krateru dymy zwiastujące wybuch.

Najbardziej niepokoi mnie myśl, że może ta lawa nie jest czymś, co będę potrafił ostatecznie nazwać. Może to pierwotny bałagan, wynik z wadliwej socjalizacji. A może to standardowe wyposażenie ludzkiego życia. Ciągły niepokój, który każe nam podróżować, odkrywać prawa przyrody, wynajdywać coraz to nowe lekarstwa i coraz to nowe trucizny, konstruować bomby atomowe i pisać wiersze. Ale może to Nic? Nic, które się przejawia. Byłoby to wprawdzie nielogiczne (nicujące nic, przeciwstawione istniejącemu czemuś), ale słuszne z metafizycznego punktu widzenia. Nic, które kiedyś było wszystkim. Jedni odczuwają to nic bardziej przed sobą (kiedyś mnie nie będzie) inni za sobą (kiedyś nic nie było), a jeszcze inni, podobni do mnie, pod sobą.

To poczucie przechadzania się o wulkanie musiało mi towarzyszyć od bardzo dawna. Kiedy po raz pierwszy czytałem Biblię, a więc pewnie koło 12–13 roku życia, kilka wersetów zapadło mi tak głęboko w pamięć, że do dzisiaj mam je zawsze pod ręką. Pierwszy z Mądrości Syracha:

Pamiętaj, że chodzisz wśród sideł i na krawędzi murów miasta się przechadzasz.

I drugi z Izajasza tym razem, pozornie z nim nie związany, ale w mojej wyobraźni nakładający się na obraz przechadzania się po krawędzi:

Wyryłem imię twoje na dłoniach rąk obu
I ciągle mam przed oczami twoje obronne mury.

W tym tkwi jakaś nadzieja. Może w końcu uda mi się unieść ponad powierzchnię zdarzeń. Może zostanę w końcu wiatrem. Tak, wiatrem! Kiedyś zadałem sobie samemu pytanie z kwestionariusza proustowskiego: Jeżeli nie byłbyś sobą, to kim lub czymś chciałbyś być? No i od razu przyszło mi do głowy, że chciałbym być wiatrem. Dziwne, bo jak wiadomo wiatr to marność:

Wszystko to wiatr i gonienie za wiatrem — mówi Kohelet.

Nie ma wietrze nic nobliwego, może tylko to, że towarzyszy Bogu przechadzającemu się po Raju (Rdz 3). A tak, to wiatry można nawet puszczać… Może takim właśnie wiatrem zostanę?

Ech, te nobliwe racjonalizacje. Pewnie są ludzie, którzy tego rodzaju niepokojów nie odczuwają, a ja jestem po prostu zwykłym popaprańcem duchowym, który w niewłaściwy sposób oddzielił się od rodziców, albo w inny sposób wstał z kołyski lewą nogą. Powinienem iść do psychiatry i poprosić o receptę na jakiś lek, który zlikwiduje moje życie duchowe. Zostanie porządny obywatel, robotny mąż, przykładny ojciec rodziny.

Tymczasem…


Proszę państwa oto Bóg, albo okiełznaj wewnętrznego Janusza

Proszę państwa oto Bóg, albo okiełznaj wewnętrznego Janusza

Patrzcie co starożytni cynicy wygadywali o kobietach, zaplątując je w swoje seksistowskie łańcuchy argumentacyjne:

Pseudo-Lukian, Cynik

Sprawa jest jasna. Wystarczy przejrzeć dowolną szafę lub łazienkę małżeńską żeby się przekonać o tym, że kobiety rzeczywiscie potrzebują więcej od mężczyzn. Czy jednak wniosek o podobieństwie mężczyzny do samowystarczalnego Boga, bo przecież:

“Bóg niczego nie potrzebuje, człowiek najbardziej podobny do Boga potrzebuje niewiele”

jest uprawniony?

Zanim obudzicie w sobie koledzy wewnętrznego Janusza, chciałbym w drodze ostrzeżenia podrzucić wam do namysłu taki oto obrazkowy wniosek.

Proszę państwa oto Bóg:


Ciao!

Moja praca jest robalem


Myślałem, że praca naukowa jest jak piękna rzeźba, która musi posiadać harmonijnie zespolone ze sobą części. Że trzeba ją objąć jednym spojrzeniem, a potem pracować dopóty, dopóki się nie ogarnie całości zagadnienia. Na całe szczęście tak nie jest, bo inaczej osiwiałbym i nabawiłbym się ciężkich chorób zanim bym dotarł z pisarskim dłutem do czubka głowy mojego najnowszego opusu. Cotozażycie uratował mi dyrektor mojej placówki macierzystej. A było to tak…

Dobrze czasami wyjść z domu. Wczoraj właśnie wyszedłem, żeby odbyć przymusowy dyżur dla studentów, którzy wcześniej nie doszli na zajęcia (w sensie dosłownym — ale nie innym — dla studentów niedojdów). No i tam oprócz światłych, a szczerze wierzących tomistów i zaciekłych a mocno przepitych scjentystów spotkałem również mojego szefa — człowieka z narodowością zamiast nazwiska. Zacząłem się żalić: spać nie mogę, pisać nie mogę, łeb mnie boli. A czemu to? — zapytał (nie)wstając z kanapy. — Bo habilitację piszę. Napisałem już dwieście stron, a drugie dwieście już wystawia bezkształtny pysk zza horyzontu zdarzeń. A tu dziecko choruje, ciszy nie ma, czasu nie ma… Czuję się jak Lucky Syzyf, który nie będzie musiał wtaczać kamienia jeszcze raz pod górę, bo dostanie zawału przy pierwszym podejściu. — Ile masz stron? — Dwieście. — To kończ to, kurwa! Właściwie ów światły człowiek nie użył tego arcypolskiego wyrażenia, bo jakoś z natury nie potrafi się nim posługiwać. Nie żeby był taki kulturalny. Co to to nie! Po prostu nie ma talentu do przeklinania. Czasami myślę, że zrobił mnie swoim wice tylko po to, żeby miał kto siarczyście zakląć w razie potrzeby. Ale wracam do rzeczy. Ta soczysta, dopowiedziana przeze mnie w ramach obowiązków służbowych “kurwa” podziałała na mnie bardzo orzeźwiająco. Utnę pracę w przy samej wystającej akurat z mojej wirtualnej maszyny do pisania dupie (identyfikuje ten fragment mojej pracy jako dupę, jako że to właśnie ta niepolityczna część ciała znajduje się mniej więcej w pół drogi między stopą o twarzą) wycyzeluję w szczegółach i będę mógł wrócić do życia. Tak to ów światły i niełasy na pochlebstwa przywódca odkrył przede mną tę oto prawdę: Praca naukowa nie jest dziełem sztuki. Nie jest jak rzeźba czy obraz. Przypomina ona w swojej strukturze raczej dżdżownicę, którą można kroić na mniejsze żyjące następnie własnym życiem kawałki. Będzie można w końcu napisać jakiś kilkunastostronicowy artykulik, albo pojechać na konferencję bez obawy, że nie zdążę z napisaniem “TEJ pracy”. TA praca nigdy nie będzie skończona. TA praca to zawsze nieskończone (w obu znaczeniach tego słowa) przedsięwzięcie, a kończyć to, co z natury końca nie ma to robota dla wariata albo św. Augustyna.

Ciao!